Po szkole wybrałem się na rower zważywszy na to że nie miałem w kolejnym dniu żadnego sprawdzianu, co niestety w tej końcówce roku szkolnego jest teraz rzadkością :( . Trasa z założenia miała być krótka i przyjemna. Standardowo na szybkiego małe kółeczko po bielanach dla rozgrzewki i jazda na agrykole. Tam pomęczyłem się trochę (5 wjazdów/zjazdów) i postanowiłem wracać. Powrót zajął mi zadziwiająco mało czasu i korzystając z tego że miałem jeszcze dużooo czasu postanowiłem wrócić przez palmiry (czyli bardzoooo naokoło). Ogólnie tempo całej wycieczki było dosyć żwawe (może dlatego że samotnie) i niestety kolejnego dnia została mi wspomnienie w postacie bolących mięśni. Jak na razie była ostatnia wycieczka tak polekcyjna. Teraz tylko jeszcze 2 tyg męczarni poprawkami i innymi szkolnymi duperelami i wakacje (oj wtedy będzie się działo) :D .
Wraz z kapim korzystając z luki pomiędzy deszczowymi dniami ruszyliśmy na przejażdżkę. Choć pogoda nie była najlepsza to i tak wykręciliśmy 100 km. Na początku nie było łatwo bo pogoda skutecznie odstraszała mnie od jazdy z jakiś tydzień i moje 4 litery się odzwyczaiły od siodełka, ale im było dalej tym było lepiej. Trasa wyglądała następująco:Warszawa, Legionowo, Nieporęt, Dębe (elektrownia wodna), Nowy Dwór Mazowiecki, Łomianki, Warszawa.
Początkowo sam pojechałem w kierunki Nieporętu i już gdy byłem niedaleko dostałem telefon z propozycją przejechania się do Nowego Dworu Mazowieckiego od Kapiego. Bez zastanowienia się zgodziłem, i pojechawszy pod jego blok ruszyliśmy. Głownym celem było "eskorta" Midza który dołączył się przy Parku Młocińskim gdzieś na działka za Nowym Dworem Maz. Podróż odbyła się bez zakłóceń, a dodatkowo mieliśmy wiatr w plecy co bardzo ułatwiło jazde w tamtym kierunku, ale za to bardzo utrudniał powrót.Midziu tam pozostał, a my wracaliśmy inną drogą (przez Jabłonne), gdzie oprócz wiatru musieliśmy znosić także deszcz, ale cóż to nas nie wystraszyło i w takich warunkach jakoś dotarliśmy do swych domów.
Mała wycieczka - wpierw z 'żółtodzobami' :D ok 44 km (z Lasek na kępe potocką i z powrotem), a następnie z Kapim na Okęcie gdzie chwilę oglądaliśmy samoloty i ruszyliśmy ku domu, zahaczając o arkadię i tamtejsze KFC by się napoić :)
Już jutro 1 dzień wiosny, a że pogoda była sprzyjająca to nie było innej opcji jak wyjście na rower. Z początku jechałem sam ok.60 i to było takie kręcenie się po mieście. A później wraz z Olą wyruszyliśmy w teren, było naprawdę przyjemnie i sielankowo i tak przejechaliśmy ponad 20 km. I tak mi o to minął ten niezwykle rowerowy dzień. A i pragnę zauważyć że to była pierwsza w tym roku wycieczka z sakwami, więc prędkość i dystans zapewne były by większe gdyby nie to, ale ja bez sakw to nie ja :D .
Bardzo szybka przejażdżka (jak na moje możliwości oczywiście) do okolic poniatowskiego i z powrotem do domu. Jechało się naprawdę przyjemnie ze względu temperatury oscylującej w okolicy 5°C. Tylko ten świeszczący łańcuch lekko wkurzał, bo przydała by mu się mała kąpiel w benzynie oraz kropla smaru, ale jak na razie nie chce mi się :D. A i na ten łańcuch znalazłem sposób, po prostu słuchaweczki na uszy i muzyka na ful :P.
Tradycyjnie wybrałem się na mase, ta liczyła zaledwie 18 km. Ale przez zimno podróż ta wydawała się że nie ma końca. Tym razem trasa prowadziła na mokotów. Dystans podałem wraz z dojazdem na pl. Zamkowy oraz z powrotem.
Wyszedłem na rower po długiej przerwie spowodowanej przeziębieniem. Z założenia miałem jeździć sam, a na około 5km zuważyłem rowerzystę, i stwierdziwszy że w taki ziąb poza moimi znajomymi nikt by nie ruszył na rower. Moje założenie było słuszne, dogoniwszy ową postać zauważyłem że to Kapi, i w dalszej podróży mu towarzyszyłem. Byliśmy przy Wiśle, gdzie wiał straszny wiatr z przodu (z kierunku PŁD), gdzie nie przekraczaliśmy 18 km/h. Następnie dodarliśmy kolejno do Agrykoli, pól Mokotowskich, Okęcia oraz Siekierek, a stamtąd prosto do domciu, standardowo przy Wiśle, i wym razem mieliśmy boski wiatr w plecy. I mała uwaga co do max prędkości: miałem 55 km/h bo jechałem za ciężarówką, a bez osłony aerodynamicznej uzyskałem tego dnia 45 k/h na powierzchni płaskiej.
Taka ładna pogoda wreszcie zawitała, że żal by było nie wyjść na rower. Jest to jedna z pierwszych wycieczek w tym roku. Odwiedziłem tego dnia m. in. Lasek Bielański, pkp Ursus (płd), a kiedy chciałem powrócić to się zgubiłem z lekka w okolicach Włoch i jechałem około 4 km, po płytach betonowych. Trochę mnie wytrzęsło ale na szczęście jakoś dotarłem do znanych mi ulic w Warszawie i szczęśliwie powróciłem do domu.
P.S - Jak kogoś to interesuje to ta ulica nazywa się Gniewkowska.