Tradycyjnie wybrałem się na mase, ta liczyła zaledwie 18 km. Ale przez zimno podróż ta wydawała się że nie ma końca. Tym razem trasa prowadziła na mokotów. Dystans podałem wraz z dojazdem na pl. Zamkowy oraz z powrotem.
Wyszedłem na rower po długiej przerwie spowodowanej przeziębieniem. Z założenia miałem jeździć sam, a na około 5km zuważyłem rowerzystę, i stwierdziwszy że w taki ziąb poza moimi znajomymi nikt by nie ruszył na rower. Moje założenie było słuszne, dogoniwszy ową postać zauważyłem że to Kapi, i w dalszej podróży mu towarzyszyłem. Byliśmy przy Wiśle, gdzie wiał straszny wiatr z przodu (z kierunku PŁD), gdzie nie przekraczaliśmy 18 km/h. Następnie dodarliśmy kolejno do Agrykoli, pól Mokotowskich, Okęcia oraz Siekierek, a stamtąd prosto do domciu, standardowo przy Wiśle, i wym razem mieliśmy boski wiatr w plecy. I mała uwaga co do max prędkości: miałem 55 km/h bo jechałem za ciężarówką, a bez osłony aerodynamicznej uzyskałem tego dnia 45 k/h na powierzchni płaskiej.
Taka ładna pogoda wreszcie zawitała, że żal by było nie wyjść na rower. Jest to jedna z pierwszych wycieczek w tym roku. Odwiedziłem tego dnia m. in. Lasek Bielański, pkp Ursus (płd), a kiedy chciałem powrócić to się zgubiłem z lekka w okolicach Włoch i jechałem około 4 km, po płytach betonowych. Trochę mnie wytrzęsło ale na szczęście jakoś dotarłem do znanych mi ulic w Warszawie i szczęśliwie powróciłem do domu.
P.S - Jak kogoś to interesuje to ta ulica nazywa się Gniewkowska.